Pionierzy polskiego hip hopu w polskim kinie
Ekranizacja nastąpiła! Zapowiadana od dawna, zawitała na powietrzu okolicznego świata. Plakaty, radio, strony internetowe i ten pyłek, który mimo czasu pozostał po tragicznej śmierci Magika (członka zespołu), unosi się do dzisiaj, wszystko to dodawało filmowi sławy już przed jego premierą. Pierwsze doniesienie o produkcji scen doszło do mnie bodajże rok temu. Myślałem, że zawieszono zdjęcia, a tutaj: Hop!, wrześniowe Metro w autobusie spełniło idealnie swoją funkcję informacyjną. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, zatem pojawiło się we mnie pragnienie ujrzenia tego dzieła.
Konrad Matyszczuk
Wstępnie zwiastuny nie pokazywały tego, czego oczekiwałem od tego filmu – wyglądały jak opowieść o Magiku, jego perypetiach z kobietami, aspektach życiowej codzienności „w części” nie muzycznej, gdzie Rahim i Fokus (pozostali członkowie zespołu) są tylko jak kompocik do obiadu. Nie podobało mi się to, czułem, że będzie z tego kolejna pożywka na masową bakterię. Chciałem filmu bliskiego dokumentowi, filmu, który pokazywałby piękno tego gatunku muzycznego – przecież Paktofonika ma go całe mnóstwo. Przedstawiona historia grupy miała temu służyć. W rzeczywistości jest pomyślnie, ale w moim mniemaniu tarcia o podłoże się zdarzają (dla fanów – „30 centuf”).
Tak naprawdę dopiero wieczorem po seansie film zaczął do mnie przemawiać „na tak”. Takie same uczucie miał scenarzysta po wstępnym montażu zdjęć od reżysera. Przydługie sceny przynudzają współczesnego odbiorcę, wywoływały i u mnie wrażenie biedoty kinematografii – braku kamer. Czy naprawdę nie można pokazać akcji z różnych miejsc? W rzeczywistości celem miało być podniesienie autentyczności, reżyser prawdziwie chciał zaprezentować cechy postaci odgrywanych przez aktorów. Osobiście nie podobały mi się te fragmenty.
Kolejna sprawa, o której już wspomniałem – perypetie miłosne Magika. Chciałem historii o „rapowcach”, dostałem elementy z prywatnego życia, które mnie wcale nie interesowały. Takich wydarzeń jest w filmie za dużo – zdania nie zmienię. Oczywiście, Magik był liderem zespołu, człowiekiem pełnym pasji do tej muzyki, a jego teksty uznawane są za mistrzostwo polskiego hip-hopu, ale nazwałbym to wyolbrzymianiem jego wspaniałości, a samobójstwo podnosi słupek w statystyce w dziale „famous”. Ta kultura zdecydowanie nie lubi tego słowa.
Jeżeli można się jeszcze do czegoś doczepić, to film posiada za dużo ciszy, schowanego spokoju. Mało dynamiki, porywczości. Ten zespół to Fenomen przez duże F, a wydawało mi się chwilami, że oglądam z mamą film na jej życzenie i muszę to robić, bo potrzeba jej kogoś od przełączania kanałów.
Pierwsze wrażenie po obejrzeniu filmu uległo zmianie. By się w niego wczuć, trzeba poświęcić czas na jego zrozumienie. Musiałem dostosować się do jego wolnego tempa, pogodzić fale mózgowe z wyświetlaczem. W moim odczuciu utrudnia to przekaz, ale sumarycznie jest dobrotliwe dla odbiorcy i elegancko wiąże go z genezą pierwszej płyty Paktofoniki. Wujek jest najedzony, ale samą sałatką i kabaczkami.
Ten film zawiera prawdziwe elementy – mówi o trudzie, jaki chłopaki wkładali w nagrania, o ekscesach z szefem wytwórni, sponsorem, brakiem sali i sprzętu. Odtwórcy głównych ról spisali się bardzo dobrze, mimo iż są to ich pierwsze boje w tej branży. Scenografia – brudne ulice Śląska, klimatyczne budki telefoniczne na złotówkę. Nawet ubrania identyczne jak w rzeczywistych zdjęciach raperów. Na tym polu dobra robota. Tatuś jest dumny.
Autentyczność podnosi też częste użycie przekleństw. Nie ukrywano tego w filmie i stawiam za to dużego plusa, ale kulturalnych odbiorców będzie to razić na każdym kroku. Ostrzegam.
Suma summarum, Jestem Bogiem to film dobrze opowiadający o okolicznościach powstania i historii życia zespołu, jego realiach, ale moim zdaniem nie oddaje w pełni ducha hip-hopu, jego nektaru i kolendry. Możliwe, że pomyliłem salę, ale oczekiwania mają wpływ na sumaryczną ocenę.
Niezależne: 7/10
Konrad Matyszczuk